Saint Seiya PBF
Przyszli rycerze i wojownicy!

Bogowie udali się na spoczynek. Los krain jest w naszych rękach. Szykuje się długa wyprawa, w której udział biorą wszyscy aby odkryć tożsamość tajemniczego obiektu.

Dołącz do wyprawy i pokaż, że jesteś godzien przywdziania zbroi.



 
IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Treningi Vaisteriona

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Vai
Admin
Admin
avatar

Dołączył/a : 07/01/2008
Liczba postów : 363

Płeć : Male

PisanieTemat: Treningi Vaisteriona   Sob Sty 19, 2008 11:24 pm

Nazwijmy to sceną z dzieciństwa, gdyż w zgodzie z tym stwierdzeniem należy interpretować pojawiające się postaci. Mam nadzieję, że takie coś równiez może zostać potraktowane jako trening. Myślę, że to warty wspomnienia epizod z życia Vaisteriona. Miłej lektury.

-Powiedz mi dziś jak to było z tym dwugłowym smokiem...
-A narąbałeś drewka? Tylko bajek byś słuchał, babka ci kiedy opowie, idź mnie stąd...
-Dziadku, dziadku powiedz... Jak to było z tym smokiem... Dziadku śnił mi się... Narąbałem już...
Dziadek dorzucił drzewa do paleniska. Nie potrafił gniewać się na to dziecko. Popatrzył chwilę w niebo, gdzie Wielka Niedźwiedzica krążyła sobie wokół Gwiazdy Polarnej.
-Dwugłowy smok. Fanfir, istota, która jest wcieleniem całego zła. Przynajmniej tak ją sobie wyobrażali i takie o niej z początku słuchy chodziły. Ponoć był to zaklęty w smoka człowiek, a nawet dwóch braci, którzy tym to sposobem, pod postacią paskudnej poczwary, odbywali karę, za swe złe uczynki. Pamiętaj, co może cię za nieposłuszeństwa dla dziadka kiedyś spotkać...
-Oj przecież wiesz dziadziusiu, że jestem grzeczny... Tata mówi, że świetnie się przykładam...
-Tylko kiedy za psami ganiasz chyba... To co już może spać czas iść...
-Dziadku! -Powstał oburzony i tupnął nogą.
-No tak. Odbywali karę za złe uczynki. - Stary mężczyzna westchnął patrząc litościwie na wnuka i snuł opowieść dalej.
-Dwugłowy smok w rzeczywistości cierpiał niemiłosiernie. Pewno dlatego tak było, że zaklęte w nim dusze braci albo były dla siebie niedobre, albo inne miały w życiu cele. Jednak dzięki owemu połączeniu udało im się świetnie poznać siebie nawzajem, a także każdy z braci poznał dobrze swoje własne wnętrze. Osiągnęli razem wielką mądrość, która mogła ich poprowadzić bardzo daleko, gdyby nie to, że wspólne życie było dla nich również przekleństwem i udręką. Skazani na siebie nienawidzili się i nie zauważali tego co dobre. Zważając na ich wygląd zapewne nie mieliby w pojedynkę nawet do kogo zagadać, a tak przynajmniej mieli siebie. Nie pomyśleli, że bez drugiej głowy, ta pierwsza byłaby całe życie samotna. Pamiętaj, żeby zawsze dostrzegać to co daje ci los i czerpać, nawet z najgorszych wydarzeń, czy napotkanych osób, to co najlepsze i najpiękniejsze. Żadna sytuacja nie ma tylko złych stron. Trzeba tylko umieć te dobre strony odnaleźć w gąszczu trudnej do pokonania przykrywki.
-Dziadku! O czym ty mówisz, co? A co ze smokiem? Fanfirem!
-No przecież opowiedziałem o nim, idźże już spać, do chaty! Jutro ty mi opowiesz o nim jak ci przyśnił się, hę?
-Ooo! Dobrze dziadziusiu! -złapał starego człowieka za szyję. - Ale czy tej nocy też mi się przyśni?
-Przyśni... - rzekł z nieukrywaną nadzieją. -Popatrz sobie na gwiazdki a na pewno ci się przyśni. Idźmy już.
Zasypali palenisko i poszli do chaty.
Powrót do góry Go down
Domon Kasshu
VIP
VIP
avatar

Dołączył/a : 20/04/2007
Liczba postów : 1123

Płeć : Male

PisanieTemat: Re: Treningi Vaisteriona   Nie Sty 20, 2008 9:43 am

Dobre, może byc, bo treningi po części mają także opowiadac o przeszłości na szych postaci. 2 poziomy.

_________________


Powrót do góry Go down
Vai
Admin
Admin
avatar

Dołączył/a : 07/01/2008
Liczba postów : 363

Płeć : Male

PisanieTemat: Drugi trening   Sob Sty 26, 2008 9:38 pm

Następny ''trening''. Wspomnę o pewnej kwestii. Nie należy tego, co tutaj wam piszę konfrontować z innymi wersjami mitu o Fanfirze, czo może mitu o Zygfrydzie. Nijak się to ma do tego. To opowiadanie to czysta imaginacja.
---------

-Twój dziadek kłamał...
-Zamilcz podła bestio! Nie wiem o czym mówisz. Zaraz zginiesz poczwaro! - młody chłopak coraz mocniej zaciskał dłonie na rękojeści miecza. Był już całkiem rozeźlony, a smok zaczynał z nim jakieś dziwne gadki o jakimś dziadku i o tym, że ów starzec kłamał. Teraz zupełnie minęła już w nim pierwsza oznaka strachu przed smokiem, który miast być agresywnym i podłym usiadł na samym środku jaskini i przyglądał się kapiącej ze skał wodzie. Rozdarta koszula i rana pod nią, którą smok uraczył go już na samym początku, wcale nie zwracała jego uwagi, a krew również nie toczyła się na tyle obficie, aby się owym zranieniem zajmować. Szczególnie nie należało tego czynić w obliczu Fanfira, dwugłowego smoka, którego w imię sprawiedliwości kazano mu zabić.
-A przynajmniej źle konstruował swoje myśli.
-Na tyle źle aby ktoś taki jak ty mógł w przyszłości popełnić błędy. - odezwała się wreszcie druga głowa lekko mrużąc oczy i pomrukując cicho.
-Smoku! Boisz się walki ze mną, że rozpoczynasz teraz takie durne gadanie? Twój żywot dobiega końca. Broń się! - młodzieniec wykrzykując te słowa ruszył na potwora z całym swoim impetem. Ciężar ciała przeniósł na jedną nogę, aby drugą, tak zabalansować, by wykonać obrót i cięcie mieczem prosto w jedną z szyj smoka. Był teraz wcieleniem szybkości i zręczności. Lata ćwiczeń i ciężkiej pracy owocowały. Ramiona doskonale układały ostrze w takiej pozycji, z której wydostanie się, bez uszczerbku na zdrowiu, było niemożliwością. Wyćwiczone gesty i zamachnięcia wykonały się praktycznie same, bez użycia woli ich właściciela.

Smok uniknął ciosu. Przytrzymał mężczyznę ogonem ratując go przed upadkiem. Odstawił go na ziemię.

-Nie może być tak, że we wszystkim co nas spotyka znajdować będziemy dobre cechy i z nich będziemy się cieszyć. To zła postawa.
Mężczyzna odskoczył od smoka. Był teraz w jego oczach coraz bardziej przerażający. Teraz dopiero poznawać począł jego siłę. Nie miał jednak najmniejszego zamiaru się poddać. Okrążał go pomału z mieczem uniesionym w opozycji gotowej do ataku. Nie słyszał już słów smoka. Czyżby zrozumiał, że to nie do niego były kierowane? Zbliżał się coraz bardziej. Druga głowa przemówiła:
-Nie wolno na wszystko się zgadzać. Nie ma sytuacji, bez wyjścia i takiej, której nie można by poprawić.
Ogon smoka od tyłu uderzył nadchodzącego, nieświadomego mężczyznę. Nastawionego i przygotowanego na atak. Nie myślącego o obronie. Mężczyzna upadł twarzą na ziemię.
-Trwa wieczna walka. Wieczna walka o poprawę bytu. - potwierdziła pierwsza głowa.
-Wy, ludzie wiecie o tym aż za dobrze. - prychnęła druga patrząc niemo na upadłego.
-Nie wolno wam zgodzić się na zastany świat. Bo nigdy nie wiemy, co znajduje się tuż za zakrętem. O ile większe dobro może sprawić każdy krok na przód.
Mężczyzna wstał. Podparł się mieczem. Pomału zrobił krok. Oddychał z trudem, widocznie klatkę piersiową miał mocno przetrząśniętą.
-Nieraz nie warto jest odnajdować dobrych stron, w jakiejś sytuacji, jeżeli lekka zmiana sił, lub spojrzenie na coś z innej strony pozwoli nam na zupełne odmienienie świata w którym trzeba nam walczyć.
Rycerz zrobił piruet w miejscu, uskoczył tym razem przed powalającym uderzeniem łapy smoka, draśnięty został jedynie pazurem. Miecz wyszedł mu nieco w bok, ale postarał się jak mógł ściągnąć go nadgarstkiem do odpowiedniej pozycji. Znalazł się przed ogromnym cielskiem smoka, nie osłanianym teraz ani przez łapy, ani przez ogon. Skierował miecz w stronę nastroszonych łusek.
-Ciągły, nieustanny ruch. Zmiany. Dostosowywać się i dostosowywać rzeczywistość.- rzekła jedna głowa, w czasie gdy druga poraziła napastnika płomieniem zanim ten zdołał czegokolwiek wielkopomnego, lub nie, dokonać. Upadł, tym razem na plecy.
-Pamiętaj.

------------
Chłopiec opowiedział sen dziadkowi, ale bynajmniej o mowie smoka nie wspominał. Nie uważał tego za błąd. Uważał to za poufałą sprawę między nim a smokiem. Zagasili palenisko i ruszyli w stronę chaty, gdzie czekały już na nich ciepłe pierzyny.
Powrót do góry Go down
Domon Kasshu
VIP
VIP
avatar

Dołączył/a : 20/04/2007
Liczba postów : 1123

Płeć : Male

PisanieTemat: Re: Treningi Vaisteriona   Sob Sty 26, 2008 9:42 pm

Elegansio, podoba mi się bardzo. W pełni zasłużone 2 poziomy.

_________________


Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Treningi Vaisteriona   Nie Sty 27, 2008 8:21 am

Nawet niezłe, gratuluje.
Powrót do góry Go down
Vai
Admin
Admin
avatar

Dołączył/a : 07/01/2008
Liczba postów : 363

Płeć : Male

PisanieTemat: Re: Treningi Vaisteriona   Nie Sty 27, 2008 11:14 am

Cieszę się, że się podoba. Mit o Fanfirze to dobry materiał na grunt pod przyszłe kształtowanie osobowości bohatera. Swobodna interpretacja tego mitu pozwala na tworzenie takich 'snów'.
Powrót do góry Go down
Vai
Admin
Admin
avatar

Dołączył/a : 07/01/2008
Liczba postów : 363

Płeć : Male

PisanieTemat: Re: Treningi Vaisteriona   Sob Lut 02, 2008 6:00 pm

Dziś powinien być, ale nie ma. Jutro powinien być, ale może też nie będzie. Wiecie, ostatnia sobota karnawału.
Powrót do góry Go down
Vai
Admin
Admin
avatar

Dołączył/a : 07/01/2008
Liczba postów : 363

Płeć : Male

PisanieTemat: Re: Treningi Vaisteriona   Nie Lut 03, 2008 11:21 pm

Teraz przenosimy się do czasów późniejszych, kiedy Vai pomału decyduje się opuszczać dom. Nie znaczy to, że nasze ulubione imaginacje odeszły. Wrócą. Póki co trening bardzo płytki w swej treści, a nawet bardzo słaby jeżeli chodzi o samo zdobywanie umiejętności. Stosuję jednak regułę stopniowego rozwoju postaci.
..............


Biegł. Szaleńczo. Wokół okrutna zamieć. Jak to zwykle. Słońca też już bardzo dawno nie widział. Jak to zwykle. Jedyne skórzane buty pomału zaczęły przesiąkać. Kubrak, który miał na sobie już dawno przesiąknął śniegiem i cały był mokry i ciężki od tego. Jednak cel był ważniejszy. Chociaż z drugiej strony wydawać się mógł nieco, hm... niepoważny.
Najgorsze zaś bywało wspinanie się na zaspy. Wtedy to praktycznie nie szedł, a toczył się w tym śniegu.
Niekiedy zaś przystawał i patrzył na wschód. Tam to spodziewał się radosnego przywitania. Nieraz, na samotniczej, wyschłej, owiewanej ciągle przez wiatr, nagiej skale zatrzymywał się i dotykał jej dłonią. Czuł ją. Jej płacz i krzyki radości, że oto ktoś z nią jest. Tak się przynajmniej mu wydawało. Jak zresztą wiadomo, cały czas mu się coś wydawało. Te wydawanie już od małego wchodziło mu w życie codzienne. Czuł się bowiem na tej skale jak monument, jedyny pomnik stojący na wiecznym cokole. Skała go utrzymywała, a on był jej ozdobą, jedynym przyjacielem. Nie mógł jednak zostawać cały czas na tej skale. Lubił też po niej biec. Tak też więc robił.
Tuz obok jego wędrówki toczyła się inna. Na nieboskłonie tańczyły parami i w grupach gwiazdy.
W końcu, kiedy znalazł się u zbocza gór rozpoczął się kolejny etap wędrówki. Począł się wspinać. Początkowo taka wędrówka szła mu bardzo dobrze. Czuł się pewny i zwycięski gdy pokonywał kolejne przeszkody. Schodzenie w dół sprawiało za to zdecydowanie większą frajdę. Nie schodził on bowiem tak jak się schodzi, tylko tam gdzie było to możliwe zjeżdżał sobie po śniegu. Przyjemne z pożytecznym. Choć zapewne aż tak bardzo pożyteczne to to nie było. Szczęśliwie góry, z którymi miał się uporać nie były zbyt wysokie, były to raptem wzgórza, jakże bardzo jednak przez klimat wywyższone. I czy to jakaś siła, czy to szczęście okrutne powodowały, że nigdy lawina nie przykryła chłopca, a on nawet o niej nie pomyślał.
Wreszcie dotarł do małej doliny. Tam to znajdowała się wioska, która była celem tej wędrówki. Nie widziani dawno ludzie wydawali się takim nieocenionym dobrem, które wreszcie go spotkało. Witał tedy zwykłych mieszkańców wesołymi pozdrowieniami. Co jakiś czas spoglądał na wschód. Ale jeszcze czas nie przyszedł.
Wędrował więc dalej, aż do konkretnego miejsca, gdzie miał się dostać. Które co każdy miesiąc obierał sobie za cel wyprawy z rodzinnego miejsca.
Tutaj, to na tym ogrodzonym kamiennym płotem skrawku ziemi, pod skałami i przykryty zimową zmarzlina leżał grób jego dziadka. Teraz już owy mężczyzna nie opowiadał bajań. Cóż, może przynajmniej niektórym się tak wydawało. Ten, który odkrył smoka dla wnuka. Który znał gwiazdy i wszelkie opowieści. Wyprawa do niego była czymś ważnym i nieodzownym, mimo mrozów, śniegów, ciemności.
Ciemności, która nawet już przestawała być złą i smutną. Takiej, która zawsze odwracała głową na wschód. To ona nakazała tam patrzeć, aby nie patrzeć w jej oczy. Ona nauczyła cierpliwości i godnego znoszenia trudu oczekiwania na jasność. Która oto następowała. Długo oczekiwana. Radosna. Nagle objęła swymi ramionami cały świat. To ona potrafiła bez trudu wskazywać kierunek. Wtedy to jednak nagle świat stawała się bardzo odmienny od nocnego. Nagle przypominały sie zimne stopy, mokre ubranie, życie nabierało barw bardziej zwykłych, normalnych pozbawionych tego co lubił - nieodgadnionej wędrówki, bardzie prozaicznych niż w nocy. Wtedy to często bywało, że tracił pojęcie, nie mógł się zdecydować, a dezorientacja robiła w nim swoje. Żegnał się z dziadkiem w kamieniu i odbiegał. Sfrustrowany i nieswój. Na rozdrożu światów. O dwoistej naturze. Tak jak dwugłowy smok.
Powrót do góry Go down
Domon Kasshu
VIP
VIP
avatar

Dołączył/a : 20/04/2007
Liczba postów : 1123

Płeć : Male

PisanieTemat: Re: Treningi Vaisteriona   Nie Lut 03, 2008 11:33 pm

2 poziomy

_________________


Powrót do góry Go down
Vai
Admin
Admin
avatar

Dołączył/a : 07/01/2008
Liczba postów : 363

Płeć : Male

PisanieTemat: Czwarty trening - jasność i ciemność   Nie Lut 10, 2008 11:00 pm

Witam. Oto trening, w którym znowu imaginacje:-P W tym rozdziale dowiadujemy się też jak bohater odkrywa swój kosmos. Przy okazji dowiaduje się wielu ciekawych rzeczy. Miłego czytania.
------------------------------------------------------------

Siedział na nagiej skale. Z głową zadartą wysoko w rozgwieżdżone niebo. I dumał. Możliwe, że robił coś innego, nic jednak konkretnie nie można było poznać po nim. Błogi uśmiech na twarzy. W powietrzu lekki zapach ozonu i tlenku azotu. Ot udało się. Kropla potu pojawiająca się co chwila na twarzy spływała monotonnie na ziemię. Uderzała w nią i zaraz hm... pewnie zamarzała. Dłonie, kolana, usta, wszystkie drżały. Oddech już pomału się normował, ale wciąż jeszcze był niestały. A na niebie? Walka. Taka jak w nim. A to wszystko przez te sny...

-Bo takie to są prawiła.
-Prawiła jasności i mroku.

Młody mężczyzna z mieczem powstał pomału po uderzeniu płomieniem. Okazało się jakoś, że wcale nie parzyły go jego obrażenia i mógł spokojnie nadal się poruszać. Teraz był już całkiem poddenerwowany. Ileż to razy mógł atakować, a ta peplająca bestia mogła odpierać jego ataki? Przez moment skrył się w cieniu jednej ze skał i chwilę odpoczywał. Próbował złapać konspekt.
-Czymże byłaby światłość bez ciemności?
-Czymże byłaby ciemność bez jasności? One nie mogą bez siebie istnieć. Jedynym warunkiem istnienia jednej jest istnienie drugiej. Nie potrzeba im obrońców, rycerzy. Kochają się i nienawidzą. Dzięki sobie żyją.

Druga głowa popatrzyła z czułością na tę mówiącą te słowa. Potem zaś jakby obruszyła się na to, nerwowo pokręciła się, potarła się bokiem o wystającą skałę, ale i tak rzekła:
-Ech, prawda... Tak samo jest z dobrem i złem.
Mężczyzna zza skały wyszedł pomału. Tym razem próbował trzymać się nieco z boku, stając w cieniu. Był tam, gdzie słabe światło dzienne nie mogło wniknąć do wnętrza groty. Mocno trzymał w dłoniach miecz. Wyskoczył. Cicho i bezszelestnie. Smok stał do niego tyłem. Już dopadłby jego szyi, gdy klinga niespodzianie zalśniła odbitym z zewnątrz światłem ukazując po drugiej stronie smoka, na ścianie przelotnie błysk. Nie wiadomo, czy to właśnie to uprzedziło smoka, czy też po prostu wiedział on o zamiarach mężczyzny, ale uniknął uderzenia.
-Chronią się nawzajem, nawet podświadomie. Tak jak to odbicie w klindze, które w ciemności, nakazało świecić.
Mężczyzna przekoziołkował pod drugą stronę groty. Teraz stał plecami do światła. Oczywiście szybko przylgnął do jakiejś skały, bo nie być na widoku.
-Oba te pierwiastki świata są nieodłącznie sobie potrzebne. Są w każdej istocie. W każdej.
-Mogą tylko przeważać, zajmując nieraz cały organizm. Nie spotkałem jednak nigdy czegoś co miałoby jeden biegun.

Teraz druga głowa popatrzyła jakby z uznaniem i lekko kiwnięciem przytaknęła. Pierwsza dworsko uśmiechnęła się i gestem zwróciła uwagę drugiej na zbliżający się cień.
-Czasem wydaje się, że można dojść na prawdę daleko korzystając tylko z jednej strony.
-Ale wtedy to, że zginiemy nie osiągając celu jest dużo łatwiejsze, bo druga strona albo będzie naszym przeciwnikiem, albo po prostu nas wyda, potraktuje jak coś nic nie wartego.

Tym razem, ów młodzian zapragnął zaatakować od strony światła, tak by oślepiony smok nie zauważył go. Tak tez zrobił. Nie wliczył jednak do swego rachunku cienia, który to już dawno go wydał. Wybiegł smokowi na przeciw trzymając ostrze w jednej ręce. Można nawet rzec, że wyskoczył. Jakież było jego zdumienie, gdy smok z gracją zniżył ku niemu jeden z łbów, jeszcze gdy napastnik znajdował się w biegu. Powietrze w nozdrzach smoka zadrgało i zaświszczało. Mężczyzna w pół kroku zatrzymał się. Zrozumiał błąd i to, że zasadzka nie udała się.
-To co wydaje się nam dobre, nie zawsze musi takim być.
-Trzeba umieć pogodzić w sobie te dwa światy, tak aby jak najlepiej móc służyć jednemu.
-Jeżeli nie widać tych dwóch sfer, to trzeba o nie zawalczyć. Jedna bez drugiej zginie, nie ma prawa bytu! Walcz o obie! Stwarzaj!

Odbite na ścianie światło znowu przypomniało smokowi klingę i jej posiadacza. Odwrócił się jakby ostrzeżony i wyuczony już jak należy reagować na takie zachowanie młodziana. Jakże zdziwił się, gdy obróciwszy się nie dojrzał nic, prócz samego miecza leżącego na ziemi i świecącego mu po oczach. Jeszcze bardziej zdziwił się, gdy jedna głowa dostała w tył potężnym kamieniem. Po chwili druga też.

Walczyć o obie. Przebudził się w środku nocy. Patrzył na niebo. Takie ciemne. Takie ciemne, że aż żal nie zrobić go jaśniejszym. Wyszedł na skałę. Na jego skałę. Siadł i począł tak jakoś dziwnie się wpatrywać i dumać. Nawet nie spostrzegł, gdy ciało jego nabrało dziwnej siły, a im bardziej zagłębiał się nad myślami i celem, w jaki mógłby je spożytkować, tym bardziej ciało jego i umysł rosły na sile. Nie mogąc usiedzieć na miejscu powstał. Był podekscytowany. Spojrzał jeszcze na niebo. Lekko zamrugała mu jedna taka gwiazda w Wielkiej Niedźwiedzicy. Krzyknął. Uniósł dłonie w górę. Siła jakby natychmiast uszła z niego. Nie widział co się dzieje. Opadł na kolana. Na twarzy jego poczęły jednak igrać promienie.
-Dzień? Teraz? - wycharczał.
Nie, to nie dzień. To walka. Stworzona, wywalczona walka ciemności z jasnością. Na niebie. Walka - zorza polarna.
Powrót do góry Go down
Domon Kasshu
VIP
VIP
avatar

Dołączył/a : 20/04/2007
Liczba postów : 1123

Płeć : Male

PisanieTemat: Re: Treningi Vaisteriona   Nie Lut 10, 2008 11:35 pm

elegansio i jak zwykle 2 poziomy

_________________


Powrót do góry Go down
Vai
Admin
Admin
avatar

Dołączył/a : 07/01/2008
Liczba postów : 363

Płeć : Male

PisanieTemat: Piąty trening - Zmagania   Pią Lut 22, 2008 10:53 pm

Odkrycie dokonane tamtej nocy miało duży wpływ na kolejne etapy w życiu tego człowieka. Początkowo zupełnie nie rozumiał owych zjawisk, jakie dzięki swemu ciału potrafi tworzyć. Począł próbować, bawić się czymś zupełnie nieznanym, nieodgadnionym, dziwnym. Pojęcia nie maił jak wykorzystać to co czuje w swoim wnętrzu.
Jedna kwestia była jednak pewna, niewymagająca szukania i zastanawiania się, choć zdecydowanie trudna do przyjęcia dla kogoś z zewnątrz, nieznającego sytuacji. Mało tego, taki obcy ktoś mógłby z miejsca nazwać wszelkie domysły i domniemania pewności, jakie czynił Vaisterion jako błędne, śmieszne, naiwne i dziecięce. Otóż pewne było dla Islandczyka, że owa dziwna moc,miała jakieś związki ze snami i smokiem. Fanfirem.
Długo zastanawiał się nad tym co to się z nim dzieje. W przerwach przy pracy, wychodził i zmierzał na klify, nad morze. Często nocą. Tutaj uczył się.
Fale to coś bardzo plastycznego i nadającego się do wykorzystania dla początkującego. Pamiętał z jaką pozorną łatwością wywołał zorzę polarną, pierwszą bitwę. Długo po tym, gdy próbował znowu wydusić z siebie takie coś na kształt tamtego zrywu, okazywało się, że zwyczajnie nie potrafił. Owa niemoc budziła jedynie niepokój. Im dłużej trwał w próbach i ciągłych niepowodzeniach, tym silniej czuł zdenerwowanie i niepewność. Zarazem budziła się w nim ciągła ciekawość, wzmagała potrzeba odkrycia owego cudu i okiełznania go.
Dlatego przychodził nad morze. Starał się przypomnieć sobie owe sny i to co tam mówiono. Wydawało mu się, że jest świadkiem wszystkich tych sennych wydarzeń, ale stoi z boku i przygląda się. Dobrze nie pamiętał nawet sylwetek postaci tam przewijających się. Ale słowa, mocne i pewne trwały.
Ale fale nie chciały drgać ani milczeć, gdy tego zapragnął. To nie działało mimo krzyków i płaczów. Prędzej ryb nałowił do domu, niż cokolwiek ruszyło. Sfrustrowany począł przenosić kamienie. Jakby układał je nad urwiskiem i nie wiedzieć czemu chlubił sie tym. Owa 'budowla' wcale takiej nie przypominała, miała jednak swój urok. Był to niby trójkąt ułożony z kamieni, po prostu kontur jakiegoś pomieszczenia. O dachu nie było mowy. Najwyższe kamienie sięgały jedynie kolan. Na środku postawił sobie jeden większy kamień i tam siadał. Lubił czuć bijące nieraz cieplejsze wiatry od morza na swojej twarzy i oddychać tym zjodowanym powietrzem.
Nie minęły oczywiście dzięki temu jego niepokoje, ale uśmiech częściej zagaszczał na jego twarzy. Był bardziej opanowany, pewnie dlatego, że znalazł sobie inne zajęcie, poświęcił się czemuś. Nie rezygnował z prób. Składał dłonie nakazując falom stać lub ruszać się. Oczekiwał choćby małego znaku, że nie było to jedynie marą i przewidzeniem jego bujnej wyobraźni.
Czytelniku, wiesz dobrze, że kiedyś musiało mu się udać. Woda przyszła sama. Do kamienia. Nagle poczęła widziwiać niestworzone piruety, pląsy, a wszystko jakby nieświadomie, ale z radością i dumą. Samo. W natchnieniu. Woda ucudniła się. Czuł bijącą krew w żyłach, czuł krople potu i te momentu stwarzania innej rzeczywistości, w tym co już znał. Oto stawało się celem jego życia, chodzenia, jedzenia, picia. Ale tylko w te jedne razy i tylko w tych jednych momentach zapomnienia. Wtedy, gdy przestawał się nad czymś zupełnie mocno zastanawiać.Woda chodziła za dłonią i słuchała jej. Gdy zaś próbował na zimno wodą kierować, nadawać jej kształty określone, zmuszać do prac podjęcia, do powielania raz stworzonych wzorców -okazywało się to niemożliwe. Silił się ale wciąż czuł wielką niezależność nieznanego od jego woli, mimo, że w dużym stopniu potrafił już określić jakie wymagania musi spełnić aby wskrzesić coś z owej cudownej mocy.
Nie miał pojęcia jak reagować, co czynić. Ale wtedy, w takich właśnie dniach niemocy kładł się wcześniej spać. A być może ktoś coś podpowie?
Powrót do góry Go down
Domon Kasshu
VIP
VIP
avatar

Dołączył/a : 20/04/2007
Liczba postów : 1123

Płeć : Male

PisanieTemat: Re: Treningi Vaisteriona   Pią Lut 22, 2008 10:58 pm

Bardzo ładnie. 2 poziomy

_________________


Powrót do góry Go down
Vai
Admin
Admin
avatar

Dołączył/a : 07/01/2008
Liczba postów : 363

Płeć : Male

PisanieTemat: Szósty trening - Sztuka tworzenia   Sob Mar 01, 2008 11:34 pm

Należy się kilka słów. W trakcie zmienia się narracja, a raczej adresat słów smoka zostaje nazwany 'ty'. Dzieje się to po raz pierwszy i jest zabiegiem celowym. Ma na celu stopniową coraz większą integracje smoka z bohaterem.
-------------------

-Podpowiedzieć koniecznie, koniecznie.
-Są dwa rodzaje stwarzania.
-Znaczy się dwa rodzaje sposobów stwarzania.
-Dokładnie. Dziękuję za poprawienie.

Tak to obie smocze głowy zabierały się do kolejnego mówienia do niby nieobecnej rzeczywistości. A rzeczywistość stawała się coraz bardziej świadoma do kogo i poco Fanfir mówi. I coraz bardziej ją to zachwycało.
Zbraknąć nie mogło oczywiście i tym razem owego upartego wojownika z mieczem w dłoni. Walczącego w imię pokonania zła i obrony pokoju. Zbroja na nim lśniła. Twarz jego pewną była i opanowaną mimo niepowodzeń. Determinująca oto decydowała o tym, że wszelkie jego zmysły budowały możliwości i chęci ku temu aby zniszczyć wroga. Cudowna klinga w dłoni. Błysk.
-Można być rzemieślnikiem lub artystą. Każdy z nich stwarza.
Wielką pazurą rozmasowywał sobie tył głowy. Pamiętał dobrze jako to oberwał kamieniem od owego siedzącego tam młodziana. Zachichotał lekko na modłę ludzi starszych lub o jasności umysłu niepewnej.
-Tylko, że ich stwarzanie różni sie od siebie bardzo. Rzemieślnik to rutyniarz. On ciągle robi to samo. Jego dzieła, choć często pożyteczne i niezastąpione, nie mają w sobie cudowności.
Wojownik zdjął hełm. Zapewne zazwyczaj rozwichrzone jego włosy były teraz pozlepiane i mokre od potu. Grota nie była miejscem miłym. Chwile posiedziawszy dobył miecza na nowo. Rzucił go tak aby światło odbijał i już kamieniem na powrót miał rzucać gdy to nagle ogon smoczyska zmiótł go i o skałę obił.
-Artysta ma za zadanie czerpać radość z tworzenia. Żadną miarą nie powinien się powtarzać. Artysta nigdy nie powtórzy swego dzieła od początku do końca. A przynajmniej nie powinien, bo oto wcale go artysta nazwać nie będzie można.
-Czasem potrzebne są pewne udogodnienia, myśli skierowane ku odpowiednim punktom. Takie tworzenie dla tworzenia. Takie kamienne budowle dla budowli. Zwykła rzecz zmieniona siłą wyobraźni w nadzwyczajną. Ucudnioną.

Powstał. Jęknął cicho obadując czy aby żebra wszystkie ma na miejscu. Poczołgał się prawie do miecza, który gdzieś tam zostawił. Z radością przyjął chłód stali na rozpalonym czole. Metal na jego ciele bardzo mu ciążył. Ale tym to razem uratował mu życie. Życie. Mężczyzna zaczynał już mieć dość. Począł wyobrażać sobie jak to wróci zhańbiony do miasta. Był już niemal przekonany, że gdyby zechciał odejść, smok wypuściłby go bez problemu. On tylko coś tam do kogoś gadał bez sensu. Rycerz nie mógł sobie pozwolić na takie potraktowanie. Nie miał już teraz wyboru. Nie chciał odejść. Nie mógł. Wolał co innego. Pomału rozpinał zbroję. Ciężki metal uwalniał jego ciało i pobrzękiwał o kamienie.
-Nieraz jedno ucudnienie pociąga za sobą drugie, pozwala mu zaistnieć.
-Tworzący ma za zadanie być nieświadomy w procesie tworzenia. Wtedy wychodzą dopiero rzeczy piękne. Natchnienie pozwala mu wykorzystać jego siłę jaką jest talent. Ale jakimże jest natchnienie, które jest kontrolowane? Jaką jest skała, która wie czym będzie po ukończeniu rzeźby?
-Jałową. Tak na prawdę nie ma kontroli jeżeli chcesz działać. Jeżeli chcesz zdziałać coś wielkiego. Siły nie da się tak na prawdę kontrolować. Ona musi mieć swobodę płynięcia po wybranych drogach.
-Z grubsza jedynie da się nakreślić jej jakieś koryto. Ale najpiękniej jest tego wcale nie robić. Zapomnieć. Dać się ponieść szalonej wichurze!
-Tak się walczy!


Zły już mężczyzna wyskoczył do boju. Gotów był zrobić wszystko aby wygrać bądź zginąć. Siła nowa naszła w jego mięśnie. Cały drżał, a mimo to bardzo pewnie utrzymywał sie na nogach, biegł szybo w kierunku smoka. Trzymał miecz w dłoniach i opierał go lekko o bark. Grymas wściekłości na nieporadnego przeciwnika, który to nawet nie chciał go zabić, gdy tylko mógł to zrobić, widniał mu na twarzy. Uskoczył nader zwinnie nad wysuniętą przeciwko niemu łapą, uderzył kopniakiem w drugą, co co prawda nie dało wcale zamierzonego efektu, ale pozwoliło wybić się w powietrze i wymierzyć cios. Klinga zroszona została uronioną w nawale emocji łzą. Potem zaś inną kroplą zroszoną w nawale wściekłości. Okrzyk wydarł się z okrutnie udręczonej piersi. Cichy i spokojny okrzyk. Serce pękło. Atak sercem zranił smoka boleśnie. Jego właśnie krew zrosiła miecz...
Powrót do góry Go down
Domon Kasshu
VIP
VIP
avatar

Dołączył/a : 20/04/2007
Liczba postów : 1123

Płeć : Male

PisanieTemat: Re: Treningi Vaisteriona   Nie Mar 02, 2008 9:20 am

Jak zwykle brak większych zastrzeżeń. Mniejszych zresztą też :D.

2 poziomy

_________________


Powrót do góry Go down
Vai
Admin
Admin
avatar

Dołączył/a : 07/01/2008
Liczba postów : 363

Płeć : Male

PisanieTemat: Siódmy trening - Pierwsza burza   Sob Mar 08, 2008 12:21 pm

Od tamtej pory było inaczej. Nie tylko ze względu na to, że zostały mu przetłumaczone pewne rzeczy, ale także dlatego, że oto dał sobie tłumaczyć. Pozwolił aby sen tłumaczył mu jak ma się zachowywać. Nieraz wyrzucał sobie, że słucha tego co wymyśli mu własna wyobraźnia we śnie, ale o dziwo słowa tam usłyszane były bardzo trafne,dlatego tez przymykał na to oko. Wcześniej był tylko obserwatorem wydarzeń mających miejsce w marze, teraz zauważył, że z korzyścią dla siebie może wykorzystać słowa tam padające. Wcześniej wpychano mu pewne zachowania, które w rzeczywistości wykonały się same. Teraz począł czerpać, a źródło okazało się bardzo obfite...
Takie sny nie przychodziły często, ani wcale regularnie. Ot po prostu od czasu do czasu zdarzało się, że budził się z masą wspomnień dotyczących jakiegoś wyimaginowanego patrzenia na świat, dotyczących istnych cudów na kiju, czegoś czego ktoś normalniejszy uznałby za kpinę z osoby dorosłej. I on pewnie też tak by wcześniej czy później pomyślał, gdyby nie to, że te gawędy Fanfira miały jakieś odzwierciedlenie w realności. Były co prawda trudne do wytłumaczenia w sposób racjonalny, ale niekoniecznie trzeba było je tłumaczyć w taki właśnie sposób. Vaisterion nie bardzo chciał z kimś innym mówić o tych snach. Można domyślić się, że zapewne w obawie przed wyśmianiem. Dziwnych swych zdolności też nikomu nie pokazywał, bo jeżeli nie chcieliby uwierzyć w jedno, to czemu mieliby w ogóle wiedzieć o drugim? Nie było to zapewne najlepsze rozwiązanie, ale jedynie takie (nieco oparte na uporze i ambicji) uważał wtedy za słuszne.

Od niedawna miał zaś już pojęcie o tym jak tworzyć. Był to system wielce niewygodny,ale w rezultacie dający zdecydowanie więcej satysfakcji. Do tego okazało się, że po dłuższej pracy nad wodą potrafił już nawet na trzeźwym umyśle 'tworzyć' moc. Były to przypadki sporadyczne, okupione wielkim nakładem umysłowym, a nierzadko tez siłowym. Przedstawienie musiało jednak trwać. Mało już było mu takiego tam sobie siedzenia nad wodą... Choćby nie wiadomo jakie konstrukcje tworzył z kamieni i dzięki temu równie cudne mógł tworzyć wodne układy, wszystko to nudziło się po jakimś czasie. Lekka nutka ryzykanta i patrzenia na świat jak na wielki hazard coraz częściej kusiła go do spróbowania czegoś mocniejszego czegoś co to porwie go tak jak owa zorza kiedyś, rzuci w zapomnienie. Zwyczajnie należało już zwiększyć dawkę. Adrenaliny.
Dlatego też Vai upodobał sobie wichury. Wędrował na ulubione skalne wzgórze i tam dawał sobie rozwiewać włosy i uderzać w siebie cudnym podmuchom. Pamiętał dokładnie, że musi się zupełnie wyłączyć, aby cokolwiek z tego wyszło. Było to jednak zadanie heh niełatwe. Pewne podniecenie nie dawało możliwości ustąpienia kontroli umysłu nad ciałem. Chęć doświadczenia owego dziwadła i zauważenia momentu kiedy ów proces się włącza powodowała ciągłe, podświadome pilnowania się. Wiatr co prawda był dobrym czynnikiem natury, który potrafi zachwycić i nieraz dosłownie zaprzeć dech z wrażenia. Wyedukował sobie, że rzeczywiście zachwyt jest tym jakby prekursorem wyłączania się. Próbował tez uzyskać ten sam efekt drugą metodą, wypróbowaną już nad wodą. Starał się zupełnie zapanować nad siłami witalnymi kierując je właśnie w użytkowanie mocy. Nie był to bynajmniej proces łatwy i o ile nad jako tako materialną woda spisywał się raz lepiej raz gorzej, tak tutaj już zupełnie nie dawał wymarzonych skutków. Porzucił więc myśl o tym już po niewielu próbach, kiedy to kilka razy zdarzało mu się wrócić do rodzinnej chaty przemęczonemu, głodnemu i złemu. Do tego nieraz przeziębionemu nie na żarty.
W życiu różnie bywa. Często jest tak, że zły skutek jednego ma w sobie jak najlepsze przyczyny drugiego. Któregoś to tak razu wybrał się Vaisterion na skalne wzgórze właśnie mimo przeziębienia, miał ponoć nawet wtedy nieco gorączki. Trudno określić co nim kierowało. Nie wolno wykreślić możliwości, że schytrzył się i zrobił to celowo. Wiadomo bowiem jak to jest w gorączce. Ubrał się niespecjalnie na tę okazję. Kożuch oczywiście wziął ze sobą dobry, ale już o nakryciu głowy odpowiedniejszym jakoś zapomniał. Rozpalone czoło łakomie pobierało z otoczenia chłód. A wiatr wiał wtedy całkiem nieznośny i dokuczliwy wielce. Buty były co prawda zrobione z dobrego materiału, ale tego dnia wydawały się bardzo ciężkie, niewygodne, tak, że miał ochotę je wcale zdjąć, ale jednak tutaj rozsądek zwyciężył. Te dziwne uczucie ciężkości obuwia brało się zapewne z powłóczystego sposobu chodzenia bohatera, jaki przybrał on właśnie na ten czas, zapewne nieświadomie. Spowodowane był wiadomym już stanem zdrowia.
Kiedy dotarł na miejsce już był niemało wyczerpany. Ale zadowolony jak nigdy. Najpierw nieco odpoczął posiadując sobie na ziemi a potem pokręcił się po skalnym wzgórzu. A wiało...
Wiało tak, że leciał, że gnał najróżniejsze mary, że uderzał bezlitośnie we wroga nie wiadomo skąd stworzonego, że bez litości dla ciała rzucał się na mury, gniótł drzewa i rozwierał paszcze dzikich zwierząt, po czym unosił ich skóry w tryumfalnym geście. A pioruny biły, a biły pioruny... Niebo zaszło na czas jego majaczenia ciemną, ciężką i gęstą chmurą. Niewidziana dawno burza pojawiła się. Na każdy nieświadomy okrzyk bohatera rozlegało się bliskie uderzenie piorunu. Każda pięść wbita w ziemię powielała swój krzyk krzykiem nieba. Widział co się dzieje? Wątpliwe...

Dziwnym trafem ocknął się w łóżku. Ponoć leżał długo nieopodal chaty, a nikt w obawie przed szalejącymi sztormami i wichurami, nie wychodził z domu by go szukać. Przywiał się pod sam dom w stanie nieświadomości, wraz z wichurą, wraz z burzą.
Powrót do góry Go down
Domon Kasshu
VIP
VIP
avatar

Dołączył/a : 20/04/2007
Liczba postów : 1123

Płeć : Male

PisanieTemat: Re: Treningi Vaisteriona   Sob Mar 08, 2008 1:13 pm

Jak zwykle nie mam żadnych zastrzeżeń.

2 poziomy i oby tak dalej.

_________________


Powrót do góry Go down
Vai
Admin
Admin
avatar

Dołączył/a : 07/01/2008
Liczba postów : 363

Płeć : Male

PisanieTemat: Ostrze Odyna   Sob Mar 15, 2008 8:16 pm

I tak jestem baardzo zapóźniony z treningami ataków, więc pomału zaczynam.
Trening na atak Odin Sword od zbroi.
I postanowiłem wrócić nieco do korzeni i napisać w trochę innym stylu niż dotychczas. Nie jestem pewny czy się spodoba

-----------------------


Burza na zewnątrz i wewnątrz.
Ale nic to. To nic strasznego. Przecież to jedynie powód do zadowolenia.
Po ostatnim wybryku jaki sobie Vai urządził długi czas wracał do siebie. Był szczęśliwy, że postąpił tak, a nie inaczej. Grać różnymi metodami, aby tylko przedstawienie trwało! Oszukać burzę! Brać natchnienie z dwóch pierwiastków! Jakby nie patrzeć to, co mówiono do niego nie mogło w jakiś sposób na niego nie oddziaływać. Często jednak oświecenie przychodziło bardzo pokrętnymi drogami... Najważniejsze było, że ogólnie coś dochodzi...
Krótki okres intensywnej choroby był bardzo potrzebny. Pogorączkowania nigdy dość. Z tym, że nie śniło się nic. Być może sny poczuły się zbeszczeszczone. Kij im w ryj. Oczywiście wykonane cicho i jedynie w najgłębszych myślach. Jednak wszelakie choróbska kiedyś mijają, szczególnie gdy oto stworzenia są takie jako to przedstawiają się w istocie Vaisteriona. Powstał więc z łoża wcześniej nawet niż myślał. Wielce cieszył się na najbliższe godziny i dni. Miał za zadanie wyjechać. Skąd takowa robota się znalazła? Ano sam sobie wymyślił. Kraj surowy, to i trudno cały czas zajęcie było w obejściu odnajdywać, tedy lepiej już było powłóczyć sie, co zresztą, jak wiadomo czynił z niebywałą radością i umiłowaniem.
Jak przedstawił sobie tak też i uczynił. Jakżeż mógł inaczej postąpić, gdy nowe fale cudownych przeczuć i zapamiętałości powstałe z ostatnich wydarzeń rozbudziły wielce jego chęci rozwoju? Zabierał się ku wyjazdowi czas niedługi, bo i daleko nie zamierzał wyjeżdżać. Jeno tylko na czas jakiś musiał pobyć sam, tak coby mu w paradę nie wchodziło nijakie towarzystwo familijne. Ostawienie ich na tym przemiłym zakątku ziemi nie było sprawą trudną i w żadnej przyczynie nie mogło się stać jakowymś problemem abo i nieznośnością. Tak też, jako już nakreślone zostało, ledwie co ale jednak, przygotowania długawe wcale nie były. Niezaprzeczalnie przyodziewek konieczny był odpowiedni, jedzenia nieco w tobołku na krzywym kiju zawieszonym, ostrze jakieś coby w razie czego nakrzesać ze zwierzyny złupionej życiodajnych specyfików... W śnieg ruszał i skały. Cierniste skały, cierniste królestwa... Skórę jaką zabrał też z chałupy, bo i przykryciem na noc mroźną niezastąpionym mogła się okazać.
O ile wierzchnie jego przygotowania były jako takie, a nawet rzec nietrudno i lekce wypowiedzieć - mizerne, tako te myślowe, mimo że również zakrojone, ale wszelako z innych powodów, były już nawet bardziej posunięte w rozwojowości swej. Pewności nabrał co też chce osiągnąć. Pewności nadały mu wydarzenia te ostatnie. Przebrzydłe, podliwe wydarzenia. Przebrzydłe po tej przyczynie, że jedno ganiał a w ramiona drugiego wpadał, tak że powstawały nieznane wcześniej pędy i ciągnięcia w kierunki równie obce... Jakby odkrył się ktoś zaklęty wcześniej i nieznany, a teraz, choć z lekka już odkryty i chce i nie chce pokazać sie na wierzchu. Trza było siłą lub inną mocą, niegodną czasem nawet pojednania, wydobyć go z ukrycia. Wszystko to potrzebowało zachodu niemało, no ale cóżże to na świcie nie potrzebuje pracy najzwyklejszej? Takim to tłumaczeniem popartym jeszcze faktami z imaginacji, wielce rozbudzonej czasy ostatnimi, Vai wreszcie dokończywszy wszelkich przygotowań, które to miast być krótkimi i tylko nakreślać najważniejsze przymioty podróży, stały się nieodzownym i niezastąpionym elementem tej opowieści, jakże przecież w sposób powolny do celu zmierzającej, wyruszył w drogę.
Całość opisywania drogi również można by uznać za zdecydowanie bezsensowną, zależy to jednak od tego czy w drodze coś bardziej sensownego być może ponad zwykłe podróżowanie. Nie pytając wcale o zdanie litery w tym pisanym, na pożółkłym pergaminie, treści wielkiej doszukującym się opowiadaniu układają się właśnie w nic innego jak tylko nakreślenie prawidłowości drogi jaka to przebyta została.
Nic nadzwyczajnego. Jeno marsz. Marsz do celu, który w rzeczywistości nie był tak dobrze znany. Najważniejsze, że był marsz. Jasnym okazuje się, że sam marsz nie zadawalał Vaia tak jak może zadowolić kogoś innego, kto być może marsz ten zainicjował... Sama droga do celu bardzo ważnym etapem była niezaprzeczalnie. Tym bardziej, że droga owa zahaczała dziwnym jak najbardziej trafem w miejsca istotne ze względów wyrażonych gdzie indziej, kiedy indziej... Skalne wzgórze przypałętały się pod nogi, a i osada dziwnymi nocodniowymi nawiedzana marami z nagrobkiem w tle, a i brzegi skaliste i śniegi i bałwany nawet i zorze były... Cóż to? Nic. Miły akcent jeno. Samo ważne, żeby dotrzeć tam, gdzie dotrzeć ma się. W cierniste skały i tam osadzić się niczym więzień. Tam osadzić umysł niczym więźnia i wydusić z niego cudowności natury przebiegłej i skrytej, a jakże pewnej i obecnej bardzo, bardzo... A umysł ów wcale póki co gorącym nie był. Póki droga była i pod nogami grunt przesuwał się jako tako, to i myśli miały zaczepienia inne niż w dalekie obce mary się zagłębiać. Może temu działo się tak, że śnieg wiał twarz? A może zwykłe mrozy tak oto trzymały temperaturę odpowiednią? Licho jene wie. Może i więcej istot wie, acz cóż to dla nas, kimżeśmy my, aby wszystko wiedzieć co tam działo się dokładniej ponad to co widać i co przygodny wiatr przywiał w uszy nasze brudne?
A wiatr wiał, kiedy jakby czas się kończył. Czas na szukanie miejsca i celu drogi. Bo mało stwierdzić, że Vaisterion szedł w jakieś wyznaczone miejsce sobie - on takiego miejsca wyraźnie szukał. Rzec przecież trzeba, że nazwane tak wcześniej cierniste skały jeno taką nazwą w rozmyśle jego nikłym powstały, a teraz jeno przybierały na kolorach i coraz wyraźniej zobaczyć je się dało, rzecz jasna odpowiednią i jedyną parą oczu. Poszukiwane miejsce mogło było jedynym, którego mogło nigdy na tych ziemiach, a nawet na tej ziemi nie być. Stanowiło to problem wielkiej wagi, by nie powiedzieć problem zasadniczy...
Ku wielkiemu zdumieniu znalazło się. Znalazło się ukryte i cudownie oczarowało. Cudownie oczarowany zamieszkał w skalnej jaskini wśród ciernistych skał. Mam nadzieję, że nie dziwota wcale, że skały owe nijak cierniste nie były. I zamieszkał, objął w posiadanie, wszelką władzę sobie tutaj nadał, tak by stać się władcą krzyczących cierni. O! Krzyczące ciernie - lepiej, bo i skojarzyć mu łatwiej było ze zjawiskami, do których lubość spowodowała niedawną jego chorobę. Miejsce nie było osłonięte od wiatru. Na wyspie daleko nie bardzo mogło być od morza, tak tez nierzadko bryzy mroźne odpowiednie czyniły swe powinności.
Podstawowe przymiarkowania do zamieszkania były raczej błahe i zdawkowo potraktowane. Jakieś drewka naniesione w ilości żartobliwej wielce, jakieś nakładzenie kamieni wokół posłania, zabezpieczenia przed zwierzyną - wszystko to niepoważne i wręcz nieodpowiednie jak na siedzibę pomieszkiwania władcy. Jak to jednak bywa we dworach to nie sam pan ścieli sobie lecz wszelcy jego poplecznicy co i na skinienie być powinni jedno. Tutaj takich brakło, to i dwór wyglądać mógł skromniej. Po prawdzie, to pewnie i tak wszystko jedno było owemu paniczowi na skałach.

Grunt to żeby wyspać się wreszcie i wsłuchać w te nieobyczajnie trudne do rozwiązania mary. Może nawet rozwiązać co po niektóre? I przyśnił się. Prześmiewca i podliwiec, który pokory nie zna. Który upokarza.
-Nieprawda, nieprawda. Nijak nie będziesz znał jeszcze imienia, ni oblicza drugiej natury.
-Dlaczego? Bo przedstawienie musi trwać! A tobie i mnie potrzeba jeszcze grać.

Wybiegł na zewnątrz. Spocony i zły. Natchniony niepewnością i trząchnięty smutkiem. Cierń zakrzyczał. Niejeden. I w dłoniach też zakrzyczał, zabłysł niczym grot, niszczyciel podły i przesączony emocją. Stworzony z emocji, płaczący nad niezrozumieniem i bólem turlania się między światami. Nieobecny, nieświadomy władca używa cierni po to by ciąć. Zakręca zazwyczaj twarze w okrutnych grymasach. I tu nie inaczej bywało. Swą twarz zakręcił. Potworzone - zmysłem i westchnieniem duszy nad losem marnym, kierowane- siłą, ciałem wątłym, płaczliwym, krwawiącym co chwila cierniste z nieba krzyki w dłoniach niczym miecze na karki przyszłych wrogów.
Nagle szok. Miecze upadły z dłoni pod wielką siłą znikąd. Ktoś to przejął władzę, jakby widział, że coś nie tak jest, że w inny sposób powinno być rozegrane. Błyskawice, tworzące wcześniej miecz poczęły wyginać się i kręcić wokół zbiedzonego ciała. Stworzył się wir, w którym marna istota miała uczyć się jak to się robi. Bolesna nauka jak na władcę. Ale nie jak na władcę cierni... Siła wyrzuciła Vaisteriona w górę. Nie wiedział co się dzieje. Płakał i cieszył się zarazem. Czuł wreszcie obecność tego czegoś zupełnie nieznanego tak blisko. Mimo, że ciało rozrywane było okrutnym bólem on widział wszystko i dawał się rozrywać. Błogie uczucie napełniało umysł.
-Niezgorsze, niezgorsze... umie grać chłopina...
-Może wreszcie będzie już wiedział jak to się robi.
-Na pewno. Ale czy to nie za mocne? Nie za wielka to siła w takim ręku?
-A co tam niech ma... Odin Sword. Ostrze Odyna... Pasuje jak ulał.
-I niech tylko strzeże tego Odyna...
-Prędzej samo Ostrze go zniszczy, niż on się sprzeciwi, temu kto mu je dał.
-To trzeba będzie iść podziękować za niego.
-To idźmy.
Powrót do góry Go down
Domon Kasshu
VIP
VIP
avatar

Dołączył/a : 20/04/2007
Liczba postów : 1123

Płeć : Male

PisanieTemat: Re: Treningi Vaisteriona   Sob Mar 15, 2008 9:14 pm

kolejne 2 poziomy.

Czy się podobało? To już ludzie muszą oceniv sami. Mi sie osobiście podobało. Coś innego, świerzego. No i generalnie fajny tekst.

_________________


Powrót do góry Go down
Vai
Admin
Admin
avatar

Dołączył/a : 07/01/2008
Liczba postów : 363

Płeć : Male

PisanieTemat: IX Odin Sword - Ostrze Odyna - cz. 2   Sob Mar 22, 2008 6:03 pm

No to drugi trening do Odin Sword:-)


-Twój pan dał ci władanie nad burzą.
-Którą ty żeś nazwał krzyczącymi cierniami.

Vaisterion leżał prawie bez życia długi czas. Potem doczołgał się do wnętrza groty i tam legł na prowizorycznym posłaniu. Cuda mu się śniły. A raczej marzyły, bo jakoś usnąć za bardzo nie mógł. Najważniejsze, że odnalazł swoje miejsce w szeregu. Była to wygodna sytuacja - taka jasno ustalona hierarchia w stadzie. Zaczynał rozumieć komu co zawdzięcza. Chociaż nikt nie zdziwiłby się, gdyby wszystko to okazało się jedynie dziwnym wytworem jego nadpobudliwej wyobraźni. Któż jest w stanie orzec, że Vai na prawdę miał do czynienia z tym, z czym uważał? Być może był to tylko bodziec jego własnej imaginacji, który to w jakiś sposób chciał tłumaczyć sobie, to co dzieje się z nim samym. Owa wyobrażanie sobie i uleganie tym cudownym siłom było jednak dla Vai czymś niecodziennym, odrębnym od rzeczywistości, wspaniałym, fascynującym... Do tego stopnia, że zatracił się i zaufał. I zaczął grać na melodię podyktowaną przez głębię.
Był już teraz pewny, że we współpracy z nieznanym uda mu się wreszcie mniej więcej okiełznać, to co nie udało się samemu. Wszak miał na sobie okrutnie ciężkie brzemię, a nie poczuwał się do tego, by z kimkolwiek sie tym dzielić. Bo niby jakże to wytłumaczyć? Jakże doszukiwać się pomocy?
Wstał po jakiś czasie ufny i łagodny w usposobieniu i na twarzy. Nie był bynajmniej zły na to, jak został potraktowany. Tak trzeba. Był co prawda poobijany, ale o dziwo nie doznał obrażeń większych nad te, które pamiętał. Wtedy, gdy w wirze stracił przytomność musiało się więc już nic nie dziać...
Zajął się jakiś czas grotą. Co prawda słowa te za bardzo nawet nie przechodziły przez myśli, ale w głębi duszy nazywał sam siebie władcą. Władcą tego miejsca, władcą krzyczących cierni. Błyskawic. Kilka polowań sobie urządził, nanosił drzewa na opał. Zwyczajnie odpoczął, złagodniał, zabliźnił dawne, gwałtowne rany, które kiedyś serce jego żarły. Cieszył się, że wyprawa w to miejsce dała efekt. Nie kłócił się już ze snami, nie uważał ich za wrogów. Nie chciał przyspieszać tego, co w jego rozumie i tak było nieuniknione, co prędzej czy później samo wylazłoby na wierzch. Nauczony doświadczeniem.
Nie miał jednak zamiaru siedzieć bezczynnie. Teraz, kiedy pogodził się z przyczyną cudów, mógł tylko delikatnie próbować. Tak też robił. Siadał na tej półce skalnej przed grotą i dyskretnie jakby prosił, a jakby coś popychał do działania. Miał doświadczenia z wodą i co nieco wiedział, ale to, do czego wtedy doszedł teraz zupełnie go już nie satysfakcjonowało. Woda zresztą była inna materią, plastyczniejszą. On dostał we władanie co innego. I nie było mowy o odwracaniu się od darów, przynajmniej już nie teraz.
Nieraz czuł już jak coś przechodzi po ramieniu, jakby mrówki... Długo potrwało zanim wykrzesał coś z tego ramienia. Nie dziwił sie. O ile z cudowną pomocą mógł tonąc w wirach nagle i niespodziewanie, to aby stworzyć coś samemu potrzebował czasu. Często dużo czasu. Teraz wiedział też, że wydobycie większych sił możliwe jest, gdy zapomni się, zatraci w emocjach. Było to co prawda pewne rozwiązanie, lecz niezbyt dobre i nie chciał zawsze być od niego zależnym. To motywowało go do pracy.
-Ostrze Odyna... -powtarzał bezładnie słowa posłyszane gdzieś we śnie. Nie do końca je rozumiał, a sam wymieniany w nich Odyn miał stać się mu bliższy, dopiero potem, po czasie wędrówki. Był to jednak sam w sobie dziwny bodziec.
Sukcesem okazało się dla niego, gdy oto między palcami poszły iskry. Takie małe i niepozorne. Odczuwał przy tym niezły ból, ale i satysfakcję, podniecenie. Najlepsze zaś miało przyjść. Bo to o któregoś dnia siedział tak sobie i uderzał palcami o kamień i ani spostrzegł się, że niebo zaszło okrutną, ciemną chmurą. Podniósł się zaskoczony. Czuł swą okazję, nie wiedząc że sam ją stworzył. Zalśniły mu oczy. Skoro były już chmury to żadną miarą nie można było nie zatroszczyć się o fajerwerki.
Skupił się jak nigdy. Wciągnął głęboko powietrze. Mrówki w ramieniu. Strzelające palce. Był już gotów na tyle, na ile wcześniej sobie wyćwiczył. Reszta była niewiadomą. Stał tak prosto, a niebo wędrowało szaleńczo, szybko, wiatr wiał dość silny. Poczuł moment. Zamachnął się i wyrzucił dłoń ku górze pełną siłą. Włożył w to niemało napięcia i zdenerwowania. O dziwo z ręki nic nie wyskoczyło ku górze. Stało się co innego.
W otwartą dłoń uderzył piorun. Dłoń zacisnęła się i już miał szaleńczo zamachnąć. Ale. Pomału. Panuj. Władaj. Nie zamachnęła się, a narzuciła swą wolę. Trwała tak niewzruszona zawieszona między niebem a ziemią przedziwną nicią. Wystarczyło zrobić to tak jak pokazano wcześniej. Przecież wiedział już jak to się robi. nieco nieporadnie zniżył wyprostowane ramię niżej, zakręcił niczym sznurkiem, a krzyczący cierń stał się uległym ostrzem. Okrutnie teraz zakrzyczał. Vai i sam cierń. miecz w ręku na karki przyszłych wrogów. Póki co na kark bogu ducha winnej skały.
Nie upadł teraz nawet na ziemię. Zmysły miał pewne. Oczy, choć zmęczone, patrzyły bystro na swe dzieło. Uśmiechnął się i zawrócił do groty.
-No to chyba jedyny sposób, by nie postradał głowy za bardzo.
-Taak, niech tak zostanie. Niech ciało jego gra, a myśli niech zostawi. Może kiedyś się bardziej przydadzą...
-Pfff...
Powrót do góry Go down
Domon Kasshu
VIP
VIP
avatar

Dołączył/a : 20/04/2007
Liczba postów : 1123

Płeć : Male

PisanieTemat: Re: Treningi Vaisteriona   Sob Mar 22, 2008 6:26 pm

Pięknie. 2 poziomy i możesz wpisac technikę do karty postaci.

_________________


Powrót do góry Go down
Vai
Admin
Admin
avatar

Dołączył/a : 07/01/2008
Liczba postów : 363

Płeć : Male

PisanieTemat: X. Ofiara Burzy - cz. 1.   Sob Mar 29, 2008 8:39 pm

Trening ataku Ofiara Burzy.

-------------------


Nadszedł wreszcie czas, kiedy należało już odejść ze ciernistych skał. Bynajmniej miejsca tego nie porzucał. Świętokradcą nie był...
Zwyczajnie przyszedł moment, gdy musiał do wioski się udać i pilniejszych spraw dopilnować, kupić trochę. Może nawet pobyć z ludźmi? Zobaczyć jak wyglądają? Cóż... On sam najlepiej nie wyglądał. Zdziczał wielce na odludziu i chociaż miejsce, gdzie przebywał nie było aż tak chłodnym ani też za bardzo surowym, to zmizerniał poważnie. On sam jednak nie miał o tym zielonego pojęcia, z jasnych względów.
Przybył do wioski rybackiej. Nie była to duża posiadłość. Drobny targ tam się znajdował, ale ogólnie ni żadnych władz tam chyba nie było, ani zatargów ni problemów. Gdy przechodził przez wieś przyglądali mu się z zaciekawieniem, a dzieciaki krzyczały i nawet lekko prześmiewały się. Vaisterion nic sobie jednak z tego nie robił. Maszerował przez placyki i uśmiechał się. Na ramieniu miał zarzucony kij, a na nim związaną chustę - tam zaś zakupioną odzież. Za co kupił? No tak... Za skóry, co ich dużo przyniósł ze sobą, za kości, zęby... Wszystko to było jeszcze wtedy w cenie. Tak też udało się skompletować na nowo przyodziewek. Począł zabierać się do wracania, kiedy nieopodal grupka mężczyzn kiwając sie sunęła do pobliskiej gospody... Zaciekawiony ruszył za nimi.
W drzwiach uderzyła go nieznana za bardzo intensywna woń alkoholu. Głowna izba była dusznym, niskim pomieszczeniem. Po lewej stronie znajdował się szynk, praktycznie na całej długości drewnianej ściany. Za nim znajdowały się drzwi na zaplecze i schody do pomieszczeń na piętrze. Na środku znajdował się stół rozciągający się przez całą długość komnaty. Przy ścianie na przeciwko szynku była jeszcze niższa ława, a przy niej długie ławki. Miejsca zajmowali głównie mężczyźni. Karczmarzowa - bodajże świeża wdowa uwijała się w podawaniu tego, co krzykiem było wyrażane jako pragnienie. Na ścianie przeciwległej do wejścia iskrzyło sie palenisko.
Vai przysiadł sobie na skrawku jakiegoś siedziska i niezauważony przyglądał się towarzystwu. Nie bardzo orientował się w stosunkach międzyludzkich. Początkowo nikt za bardzo nie przejął się nim. Ludziska mieli własne zajęcia, spory, śmiechy. Śmieszyły go nawet niektóre zachowania. Jednakże nie miał ochoty się zbliżać, bo cokolwiek bliżej poznać kogokolwiek.
Sytuacja odmieniła się zupełnie, gdy ze schodów, za szynkiem poczęły z hałasem i burzliwą rozmową na ustach schodzić pewne istoty. Odziane była w sposób dla Vaia mało znany. Miały na sobie długie, eleganckie, zwiewne suknie. O dziwo suknie owe miały jednak duże braki, były jakby to określić niekompletne i zupełnie nie nadawały się do okrycia ciała przed chłodem. Nagle sala ucicha aż tak bardzo, że dało się bez problemu usłyszeć szelest materiału, jaki kobiety miały na sobie. Prawie, że z rumorem wpadły do głównej izby lądując pomiędzy ławami i stołami. Gwar znowu się uniósł, ale cała jego uwaga była teraz skupiona wyłącznie na niewiastach. A owe lawirowały między panami rzucając im co moment zalotne spojrzenia. Świergotały i nawet podśpiewywały razem słodko. Vaisterion obserwował to dziwne zjawisko zdumiony. Nie miał pomysłu jak tez sobie tłumaczyć takie zachowanie. Myślał zapewne, że skoro ludzie ci się cieszą,śmieją, rozmawiają to są szczęśliwi. Czasem on też chciałby być człowiekiem szczęśliwym. Ale nie był do końca pewien czy to jest właśnie to szczęście.
Zagubił sie przez moment w tych zachowaniach. Kątem oka zauważył jedynie jak kilku mężczyzn udaje się wraz z przybyłymi na górę, po tych samych schodach, którymi zeszły kobiety. Wcześniej coś tam jeszcze załatwiali z karczmarzową.
Dopiero w momencie, gdy koło niego zasiadła jedna z owych lekkich istot wrócił ze swa świadomością na ziemię. Osoba ta przysiadła się bardzo blisko. Vai był obserwowany przez niemal całą karczmę. Kobieta pomału obejmowała go i siadała mu na kolanach. On zaś patrzył na nią dzikim wzrokiem nie bardzo wiedząc co się dzieje. Opuścił ręce i wyprostował się. Był cały spięty. Nagle na sali rozniosły sie okrzyki i donośne śmiechy. Uniesione palce karczemnej gromady pokazywały sobie mężczyznę, który...
-Ej, on chyba nie wie co ma robić!
-Panie dzikus wiesz chociaż jak się dzieci robi?
-Żeby robić to trzeba mieć czym!

Kobieta śmiała się razem z nimi. Zbliżała swe wargi do twarzy Vaia. Musnęła policzki. Świat wirował. Nie wiedział co się dzieje i jak reagować. Nie rozumiał tych krzyków. Dopóki nie odnosiły sie one do niego mógł je zlekceważyć, ale teraz był zupełnie zdezorientowany. Pocił się bardziej niż na jakimkolwiek intensywnym treningu czy polowaniu. Hałasy nie wyrażały już żadnych słów jakie mógłby rozpoznać. Jedno wielkie wycie i drwina.
Nie wytrzymał. Odepchnął od siebie kobietę, tak że upadła na ziemię. Karczemnicy natychmiast powstali wywracając krzesła. Piękna kurtyzana natychmiast wstała i wymierzyła mu policzek, po czym natychmiast wybiegła. Oni jednak nie uważali, że za zniewagę ich skarbu wystarczyła mu taka kara.On zresztą też tak nie uważał. Drwiny i przekleństwa potoczyły się dalej. Potem przyszły popychanie i zaczepianie. Wszystko wirowało, działo sie tak szybko... Nie rozumiał. Stracił pewność, spokój, o który tak długo zabiegał i o który musiał przecież walczyć. Wzbierała w nim gniewność. Szaleństwo. Nie wiadomo co natenczas sobie myślał, ale trudno było mu się skupić. Nie dbał o i ciarki w dłoni. Nie będzie uważał.
Uderzony wreszcie w brzuch upadł na kolana. Uderzył pięścią w ziemię. Zakrzyczał. I cierń na znak władzy odpowiedział na wezwanie. Nawiedził pana. W izbie powstał ogromy rumor, sufit zawalił się, a wszystko wypełniła niesamowita jasność. Trzask jaki przy tym zaistniał był zjawiskiem niespotykanym. Tak krzyczą ciernie. Trzeba uważać by nie ogłuchnąć.
Karczma paliła się. Vai wychodził z niej z krwią ludzi na rękach. Z własną krwią też.
Ledwo dychał. Serce kołatało mu niemiłosiernie. Ubranie miał zniszczone, podarte, osmalone. Nie słyszał wołających o pomoc mieszkańców. Nie robili na nim wrażenia płaczący. Bo sam płakał.
-Ofiary burzy zawsze są co najmniej dwie.
-On złożył ofiarę z siebie... by oni stali się jego ofiarami...
-Niech i tak będzie. Ale swoja drogą to trochę...
-Ćśśśsi. Nie mów mu.
Powrót do góry Go down
Miniman
VIP
VIP
avatar

Dołączył/a : 08/03/2007
Liczba postów : 528

Płeć : Male

PisanieTemat: Re: Treningi Vaisteriona   Sob Mar 29, 2008 9:27 pm

Naucz mnie tak pisać
2 lvle
dopisz atak
Powrót do góry Go down
Vai
Admin
Admin
avatar

Dołączył/a : 07/01/2008
Liczba postów : 363

Płeć : Male

PisanieTemat: Re: Treningi Vaisteriona   Sob Mar 29, 2008 9:31 pm

Ponoć potrzeba dwa treningi do ataku, więc tego się trzymajmy

Co do pisania - okrutnie mi się nie chciało
Powrót do góry Go down
Miniman
VIP
VIP
avatar

Dołączył/a : 08/03/2007
Liczba postów : 528

Płeć : Male

PisanieTemat: Re: Treningi Vaisteriona   Sob Mar 29, 2008 9:38 pm

Ja nic nie wiedziałem o dwóch treningach...
Normalnie... dobijasz chłopie xD
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Treningi Vaisteriona   

Powrót do góry Go down
 
Treningi Vaisteriona
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next
 Similar topics
-
» Shura - Treningi
» Treningi i mecze Quidditcha

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Saint Seiya PBF :: Off-Topic :: ARCHIWUM FORUM :: III ERA :: KARTY POSTACI-
Skocz do: